Print

Hanemann

Original Text

TRZCINY

O piątej szli szybko wiaduktem obok dworca w Langfuhr, pochylając głowę, gdy wysoko, z szarpiącym świstem, na ciemnym niebie ponad kratownicą mostu przelatywały w stronę lotniska pociski wystrzeliwane z Emaus albo Schidlitz, gdzie stała już - jak rano mówił Axel Bierenstein - rosyjska bateria, bijąca w zachodnie krańce dzielnicy. Chcieli przejść pod mostem na Schwarzer Weg, potem Marienstrasse na Max-Halbe-Platz i dalej do torów tramwajowych na Ostseestrasse, ale teraz czy miało to jakiś sens? Domy w okolicach rynku paliły się białym jaskrawym ogniem, prawie bez dymu, wiatr wzbijał nad dachami migotliwe strzępy - może płonące firanki, wyrwane przeciągiem z okien, może płachty papieru latające w wirach iskier. Pani Walmann, w rozpiętym płaszczu, w futrzanej czapeczce przypiętej z tyłu do włosów srebrną szpilką, z plecakiem na ramionach, prowadziła Ewę i Marię; parę kroków przed nimi pan Walmann z tobołem na plecach popychał żelazny wózek poskrzypujący zardzewiałymi osiami. Ilekroć tylko koła podskakiwały na nierównościach oblodzonego chodnika, waliza z żółtej skóry, przypięta do podwozia skórzanymi paskami, przechylała się to na jeden, to na drugi bok. Po prawej, w dole, za barierką wiaduktu, na pustej przestrzeni koło stacji połyskiwały różowawo tory biegnące z Danzig do Zoppot. Przy rampie, obok czarnego leja, sterczało z ziemi kilka zerwanych szyn. Parę kroków dalej na peronie bocznicy dopalała się mętnym, żarzącym się światłem ciężarówka „Todta".

Hanemann obejrzał się, ale ludzie, których dostrzegł w głębi wiaduktu, nie byli jeszcze tamtymi - objuczeni paczkami i walizkami szli szybko, potykając się na grudach śniegu. Dziewczynki Walmannów, idące w milczeniu, odpowiadały burknięciami na rzucane szeptem pytania matki, która niepokoiła się o ich nogi w poskrzypujących, jeszcze nie rozchodzonych bucikach i już trzeci czy czwarty raz, gdy zatrzymywali się dla złapania oddechu, poprawiała im pod szyją wełniane szaliki. „Ależ nam jest gorąco!" - wykrzykiwała Maria. Dopiero jednak za wiaduktem, gdy weszły między domy Magdeburger Strasse i ogień nad śródmieściem Langfuhr zniknął za ciemnymi masywami nienaruszonych domów, przerażone widokiem łuny falującej nad dachami jak ciężka, wilgotna pajęczyna, przycisnęły się do matki - i wtedy pani Walmann rozpłakała się. Szła z przytulonymi do niej dziewczynkami, a łzy płynęły jej po policzkach. Dobrze chociaż, że Alfred nie oglądał się, pochłonięty wymijaniem stert śniegu, zawalających chodnik. Widziała jego pochylone plecy, kołyszący się czarny tobół, przytwierdzony do ramion parcianymi pasami ze starego plecaka, pamiętającego jeszcze Wielką Wojnę i walki nad Sommą. W głębi ciemnej ulicy, pod falującą łuną, która nie rzucała cieni - tak była mętna, pełzająca po wschodniej stronie nieba bladą, chorą różowością - pod czarnymi ścianami domów, w których nie paliło się światło (tylko w kilku piwnicznych okienkach żarzyły się lampy naftowe), szły ciemne postacie objuczone plecakami,   ciągnące za sobą na żelaznych sankach paczki okręcone sznurkiem i drutem, a wszystko to ciągnęło w milczeniu pod falującym niebem w stronę Brósen i Neufahrwasser, tam, gdzie przy falochronie miały czekać transportowce. Ale gdy wyszli na aleję z tramwajowymi torami, która biegła prosto ku morzu, otworzył się przed nimi widok na jaskrawą kolumnę ognia, bijącą w niebo, aż zatrzymali się w zdeptanym śniegu i Hanemann podszedł do pana Walmanna: „Elewatory?" Pan Walmann pokręcił głową, bo dobrze znał tę okolicę, gdzie niedaleko wieży ciśnień mieszkał jego brat, więc tylko poprawiając na ramionach pasy, mruknął: „To chyba magazyny w Neufahrwasser" - co znaczyło, że dzieje się coś dużo gorszego, niż gdyby paliły się elewatory, bo teraz nabrzeże przy ujściu kanału do morza jest oświetlone żywym płomieniem i obserwatorzy artyleryjscy ze wzgórz Müggau mają już jak na dłoni zachodnią część portu i tylko czekać, jak przeniosą ogień z bocznic koło Weichselmunde i wyspy Holm na wschodnie krańce Brósen, na las i potem na Westerplatte.

Ale tego ani pan Walmann, ani Hanemann nie powiedzieli głośno, bo nie było o czym mówić; trzeba było dostać się do portu jak najszybciej, nawet jeśliby rozpoczęło się najgorsze; nie było o czym mówić, tym bardziej że dziewczynki na widok dalekiego ognia, który stał nad dachami Neufahrwasser, otrząsnęły się z lęku, tak jakby widok jasnej smugi, podpierającej niebo brunatnym żarem, wydał im się znacznie mniej groźny niż widok czarnych ulic w okolicach wiaduktu, gdzie domy, w których nie jaśniało żadne okno, zamykały przestrzeń ze wszystkich stron.

Ruszyli więc po oblodzonej jezdni, patrząc bardziej pod nogi niż na to niedobre światło nad portem, a w głębi alei, dalej i bliżej, za nimi i przed nimi, sunęły w stronę Brósen czarne grupki takich samych jak oni wędrowców, ostrożnie stawiających nogi na śliskim śniegu, podpierających się laskami, parasolami, bambusowymi kijkami od nart, listwami pośpiesznie przysposobionymi do drogi, a nad nimi, w górze, wysoko, wysoko, ciemność powtarzała monotonnie świst przelatujących pocisków, które spadały na białe od śniegu pola lotniska, zamknięte od północy lasem w Glettkau. Nad równiną między Langfuhr i Oliwą stał wielki dym, podświetlony od dołu dalekimi pożarami, jakby płonęły już nie wschodnie krańce Zoppot, lecz samo Gotenhafen.

Za skrzyżowaniem, obok wodociągów, panu Walmannowi udało się zatrzymać jedną z ciężarówek, jadących ku morzu z warsztatów „Hinz & Weber" przy Hochstriess, i teraz Hane-mann, stojąc za szoferką wielkiego merzbacha, patrzył przez szparę w furkoczącej plandece na coraz bliższe falowanie ognia nad portem. Pani Walmann, wtulona w kąt auta, głaskała po włosach Marię. Pan Walmann, ledwie widoczny w ciemności, przyciskał do siebie Ewę. Stary merzbach podskakiwał na zamarzniętych koleinach, co chwila musieli chwytać się żelaznych prętów pod furkoczącą brezentową osłoną. A potem nagle wjechali w ulicę rozświetloną jaskrawym migotem ognia, ruchliwe cienie bezlistnych drzew przepłynęły po oblodzonej jezdni, po prawej stronie płomienie biły w górę z rozłamanego wybuchem dachu.

Te blaski - ruchliwe i drażniące - sprawiły, że Hanemann nie potrafił rozpoznać miejsca, do którego dojechali. Jakaś długa neogotycka budowla przesunęła się za drzewami, mignęły szyby lśniące czerwonymi odblaskami ognia, za rogiem dostrzegli nieruchomą bryłę wypalonego czołgu z otwartą klapą na wieżyczce. Wóz ostro przyhamował, wymijając rozrzucone na jezdni drewniane skrzynki, potem pod kołami brzęknęły mosiężne gilzy, wjechali w tłum, który wolno rozstępował się przed maską samochodu, ale gdy podjechali do szeroko otwartej bramy z żelaznych prętów, ugrzęźli wśród tobołów, walizek, blaszanych pudel zasypujących jezdnię. Objuczeni ludzie wypełniali niemal cały plac przy wejściu do portu i chociaż w paru miejscach błyskały nasadzone na lufy karabinów bagnety żandarmerii, nawet żółty formularz z pieczątkami, którym szofer wymachiwał przed twarzą oficera w długim płaszczu, z blachą na piersiach, nie robił na nikim wrażenia, bo nikt nie mógł się ruszyć z miejsca, taki był tłok między ceglanym murem a ścianą magazynu, w którego półkolistym dachu z mlecznego szkła czerniały gwiaździste dziury po uderzeniach odłamków.

Hanemann spodziewał się zresztą czegoś dużo gorszego -paniki, wrzasku dzieci, krzyków kobiet - ale na razie tłum, widziany przez szparę w plandece, był nieruchomy i milczący. I gdzieś tam dalej musiało być pewnie nabrzeże, Hanemann nie mógł jednak wypatrzyć nigdzie zarysów „Bernhoffa".

Szofer wychylił się z szoferki: „Muszę się cofnąć!" - więc zeskoczyli na śnieg, by pomóc pani Walmann, która podała im z góry dziewczynki, przestraszone bardziej widokiem tłumu niż kołysaniem ognia, tańczącego iskrowatymi rozbłyskami nad połamanym dachem po drugiej stronie ulicy. Zapach palącej się nafty, zmieszany z wonią sadzy, drażniący i mdły, sprawił, że natychmiast palcami w wełnianych rękawiczkach zatkały sobie nos. „Trzymajcie się mnie! - krzyknęła pani Walmann. -Nie możemy się zgubić", więc przywarły do niej, chwytając za płaszcz. „Alfred, dowiedz się, jak długo będziemy tu czekać". Pan Walmann ruszył ku bramie, Hanemann jednak powstrzymał go: „Niech pan z nimi zostanie". Przepchał się przez zziębnięty tłum do oficera z blachą na piersiach, lecz dowiedział się tylko, że „Bernhoff" dzisiaj na pewno nie wpłynie do portu (ewakuowani będą przewożeni na pokład transportowca holownikami). Mimo woli mruknął: „Ależ to potrwa godziny!" Oficer nawet na niego nie spojrzał: „Co pan chce, przecież gdyby "Bernhoff" wpłynął tu do kanału..." Więc to mogło potrwać godziny? Pani Walmann przeraziła się. Dobrze chociaż, że dziewczynki były ciepło ubrane, ale stać tutaj godzinami na mrozie, w rozdeptanym śniegu oblepiającym buty?

Jedno co mogli zrobić, to znaleźć sobie miejsce na rampie przy magazynie, pod blaszanym daszkiem, tam, gdzie na betonowej posadzce nie było śniegu, więc usadowili się pomiędzy ludźmi owiniętymi w koce i futra, tak by dziewczynki mogły usiąść na walizce i plecy oprzeć o tobół. Ale szept kobiety w rudym futerku, która zaczęła modlić się obok nich, szeroko otwartymi oczami wpatrzona w ogień po drugiej stronie ulicy, spłoszył Ewę i Marię tak bardzo, że przytuliły się do siebie jak dwa drżące z zimna wróble. Dopiero teraz, w mroźnym powietrzu, które szczypało policzki i dymiło z ust białym obłoczkiem, zaczęły się bać. Pani Walmann objęła je ramieniem, lecz cóż mogła poradzić na to wszystko. Pan Walmann pogładził ją po plecach, a potem - chociaż nikt nie był jeszcze głodny - wyjął z kieszeni dwie kromki zawinięte w żółty pergamin i dziewczynki zaczęły żuć gorzkawą razową masę, powoli dochodząc do siebie. Pani Walmann pogładziła dłoń męża za to, że mu to przyszło do głowy.

Hanemann zaś przecisnął się wśród ludzi siedzących pod ścianą, i wymijając tekturowe walizki, plecaki, paczki z pościelą, toboły, skrzynki z dorobioną żelazną rączką, doszedł do końca rampy. Widać stąd było czarną smugę drugiego brzegu kanału, lecz gdy usiłował wypatrzyć, czy coś się nie rusza w ciemności za falochronem, powietrze zadrżało i huk pękającego szrapnela zmieszał się z jazgotem pryskających szyb. Tłum na placu zakołysał się, bardziej chyba przerażony wrzaskiem zranionej kobiety, niż łoskotem wybuchów, które długą serią rozsypały się nad kanałem. Deszcz odłamków zaszeleścił po wodzie i zabrzęczał po szklanym dachu magazynu. Dziewczynki krzyczały przeraźliwie, widząc na śniegu, parę kroków od rampy, czarny rozmazany ślad, który ciągnął się za nogą kobiety wleczonej przez matkę wołającą o pomoc. Pani Walmann zagarnęła je ramionami, ojciec osłonił tobołem, ale one, wtulone w płaszcz matki, wciąż krzyczały, ogłuszone hukiem, świstem wirującego żelaza, pękaniem blachy rwanej odłamkami. Szrapnele, jeden po drugim, rozbłyskiwały nad wieżą kapitanatu.

Jeszcze przenosiło, jeszcze nie trafiały, ale już w lornetach obserwatorów na wzgórzach Müggau te drobne rozbłyski, zapalające się na linii podziałki między cyfrą 5 a cyfrą 10, te rozbłyski, zakwitające bezgłośnie nad budynkami magazynów i kratownicami dźwigów w Neufahrwasser (echo wybuchów dolatywało na wzgórza dopiero po paru chwilach), zmieniały się w komendę; celowniki haubic ustawionych na Zigankenbergu przesuwano o jeden, dwa milimetry w lewo, tak by następne pociski podawane przez amunicyjnych, poszybowały prosto na dachy po prawej stronie ognia.

Ludzie na placu między ceglaną ścianą a rampą wpełzali pod blaszane wagoniki, kryli się pod żelaznymi słupami suwnicy, tratując leżących biegli w stronę bramy, ale co chwilę czyjś bolesny wrzask przedzierał się przez huk wybuchów i czyjeś ciało, wleczone po śniegu, zostawiało za sobą czarny ślad. A pośrodku placu, obok szyn, tam gdzie zrobiło się zupełnie pusto, wokół porzuconej otwartej walizy, z której podmuch wywiał muślinowe strzępy nocnych koszul - podskakiwały grudy śniegu siekane odłamkami. Potem nagle zapadła cisza.

Ktoś ukryty za słupem suwnicy zachłystywał sią łkaniem, ściskając dziwnie skręconą nogę, ktoś wołał ostrożnie: „Günter! Günter! Gdzie jesteś? Chodź tutaj do mnie, już nie mogę, zabierz mnie stąd..." Ale czarne skulone postacie przywierały wciąż do śniegu, nikt nie wierzył, że już się skończyło, choć wyglądało, że ci z Zigankenbergu przerwali na razie swoją robotę - może przesuwali teraz celownik z celu 102 na wstrzelany już cel 104 w Neu Schottland - więc zrobiło się zupełnie cicho, tylko od strony ulicy huczał ogień w dziesiątkach okien neogotyckiego budynku. Potem w tej kruchej ciszy - nawoływania, głosy, szepty, kobiecy głos: „Panie Hanemann, nic się panu nie stało?" A kiedy z końca rampy dobiegła odpowiedź: „Wszystko w porządku, pani Walmann" - matka Marii i Ewy, skulonych wciąż pod osłoną kłębu ubrań, odetchnęła z ulgą: „Niech pan tu do nas wraca, niechże pan tam tak już nie stoi". Było w tych słowach karcące, nie znoszące sprzeciwu ciepło, aż Hanemann mimo woli uśmiechnął się, otrzepując śnieg z ubrania, ale gdy ruszył już przez opustoszałą, zasypaną porzuconymi walizkami i skrzynkami rampę w stronę Walmannów, coś poruszyło się w ciemności nad wodą, coś tam, po lewej, za pływającym dźwigiem, zamajaczyło w pobliżu toru wodnego, jakiś kształt ciemniejszy od nieba, przesunął się za latarnią falochronu i Hanemann zrozumiał, że to któryś z holowników wraca od „Bernhoffa"...

Więc zeskakując z rampy zawołał w stronę żelaznych drzwi: „Pani Walmann, szybko!", a ona usłyszawszy jego zmieniony głos pojęła natychmiast, że nie ma chwili do stracenia, że trzeba ciągnąc za sobą przerażone dziewczynki, popędzając męża dźwigającego walizę i tobół, biec w stronę nabrzeża, bo w głosie Hanemanna nie tylko ona jedna wyczuła ten nakaz, który zwiastował nadzieję, bo w tym zmienionym głosie, który zabrzmiał na opustoszałym placu między ceglanym murem a ścianą magazynu, wyczuli ten nakaz także inni i teraz, wychodząc zza żelaznych słupów, wypełzając spod wagoników, wybiegając zza betonowych podestów, czarne postacie obciążone tobołami ruszyły biegiem w stronę nabrzeża. Pani Walmann była jednak szybsza, już dobiegała do drewnianego pomostu, już wspinała się na drewniane schody, już przywierała razem z dziewczynkami do drewnianego słupa, by nie dać się zepchnąć do wody, a Walmann dołączał do niej, przerzucał przez barierkę tobół, wślizgiwał się pod belką na drewnianą podłogę, pachnącą zdeptanym śniegiem, smołą i wilgotnymi strzępami lin.

Po chwili na pomost wbiegali już inni, ale oficer z blachą na piersiach uniósł pistolet i napierający tłum cofnął się na odgłos strzałów oddanych w powietrze. „Niech pan weźmie swoje rzeczy! - wołała z pomostu pani Walmann, uświadomiwszy sobie, że w biegu zapomniała o neseserze Hanemanna. - Jeszcze pan zdąży!" Więc Hanemann, machinalnie, pchnięty ciepłą siłą tego głosu, ruszył ku rampie, podszedł do schodków...

Gdy postawił nogę na stopniu, po lewej, nad wysokim dźwigiem błysnęło i eksplozja artyleryjskiego pocisku rozdarła powietrze, siejąc odłamkami po czarnej wodzie przystani. Kawałki żelaza zabrzęczały po blaszanym daszku nad rampą i po dachu hali. Sypnęło szkło. Hanemann schylił głowę uskakując pod mur. Holownik dopływał już do pomostu. Na drugim brzegu kanału zapaliła się cysterna. Ogień, wybuchający purpurową jasnością, odbił się w wodzie rtęciowym migotem i ciepłe powietrze pachnące naftą przepłynęło po twarzy. Wokół hali zrobiło się jasno jak w dzień. Płomienie z drugiego brzegu oświetliły teraz część nabrzeża za magazynem. Hanemann zmrużył oczy. Szyny kolejowe? Zwrotnice? Trzciny? Rusztowania? Na nabrzeżu porośniętym trzcinami ujrzał wrak małego statku podparty rusztowaniem z belek. Jasność po drugiej stronie wody wspięła się wysoko na niebo, rudawe kity trzcin obrastających kadłub rozjaśniły się czerwienią ognia...

I wtedy na rdzewiejącej burcie, którą oświetliły płomienie, Hanemann zobaczył zatarty napis „Stern". Poczuł w sercu ukłucie - nie było to nic wielkiego, lekkie dotknięcie lodową igiełką, ale to leciutkie, zimne dotknięcie rozlało się w piersiach duszącą falą gorąca. „Panie Hanemann, co pan robi, na Boga, niech się pan pośpieszy!" - wołała pani Walmann z pomostu. Chwycił swój neseser, ale szedł powoli, krok za krokiem, wciąż czując w sobie to leciutkie dotknięcie chłodu, które rozlewało się w piersiach parzącą, bolesną falą. Tłum na pomoście, poświetlone luną kłęby dymu z komina holownika, krzyki, płacz... Zostało jeszcze trzydzieści kroków, dwadzieścia... „Panie Hanemann, szybciej! - wołała pani Walmann. - Na Boga, szybciej! Zaraz odpływamy!" Lecz gdy Hanemann doszedł już prawie do pomostu, po lewej stronie, gdzieś zupełnie blisko, nad dachem magazynu - błysk...

Gdy otworzył oczy, miał tuż przy twarzy czyjąś rękę oblepioną śniegiem, sztywną, dziwnie wykręconą, w oczach wirowało, więc tylko obrócił się na wznak i patrzył spod przymkniętych powiek na czarne głębokie niebo, pełne poszarpanych chmur, które przechylało się raz na zachód, raz na wschód. Powoli uniósł się na łokciu i przemagając ból spojrzał w stronę pomostu. Ale pomost był już pusty. Nie było też widać holownika. Wodę kanału zmarszczył powiew. Czarne suwnice, szyny, przewrócony wagonik. Tylko daleko, po drugiej stronie kanału, wciąż żarzyła się trafiona cysterna. Nad dźwigami powoli płynęły prószące flary na spadochronach. Migot. Bezgłośna czerwień. Zygzakowate cienie na śniegu. Szum ognia. Dalekie wystrzały. Skąd? Z Müggau? Echo? Wiatr potoczył po śniegu dziecięcą czapkę z króliczego futerka.

A potem do nabrzeża podpływały następne holowniki, tłum wypełzał ze swoich ukryć pod suwnicą i wdzierał się na pomost, ale Hanemann siedział na rampie, oparty plecami o ścianą magazynu i patrzył na wszystko jak przez szybę z mlecznego szkła. Nie czuł nawet zimna, które z wolna obejmowało plecy, bo wciąż w piersiach to budziła się, to przygasała ta dziwna, dotkliwa fala gorąca zmieszanego z lodowatym drżeniem.

Około dziesiątej znalazł go tak pod ścianą porucznik Remetz z koszar przy Hochstriess, który swoim służbowym benzem przywiózł na przystań żonę z córką, by mogły na pokład „Bernhoffa" dostać się. motorówką straży portowej. Miały dobrą „białą kartę" podpisaną przez samego pułkownika Vossa. Ale Hanemann nie wsiadł z nimi do łodzi, choć Remetz bardzo go zachęcał. Ciało zastygało w ciepłym odrętwieniu, bóle powoli ustępowały. Przypomniał sobie o neseserze, z malej walizeczki zostało jednak tylko parę strzępów nadpalonej żółtej skóry. Na całym placu leżały poprute toboły, pakunki, skrzynki, porozrzucane kłęby ubrań, nadpalone płachty mokrego papieru.

O jedenastej czarne auto z numerami wojskowymi odwiozło go na Lessingstrasse 17. Porucznik Remetz sądził, że wracają po coś cennego, czego Hanemann nie zdążył zabrać z mieszkania i zapewne nazajutrz zechce raz jeszcze spróbować dostać się na pokład któregoś z transportowców. Kiedy zajechali przed bramę, w domach po obu stronach jezdni nie paliło się już żadne światło. Tylko nad Langfuhr sunęły chmury jaśniejsze od nieba. Płonęło śródmieście i chyba okolice dworca.

Remetz obiecał, że zajedzie rano, najpóźniej o ósmej, ale czarne auto z numerami rejestracyjnymi koszar przy Hochstriess już nigdy nie zatrzymało się przed domem na Lessingstrasse 17.

German

Im Schilf
Translated by Renate Schmidgall

 

Um fünf Uhr eilten sie, die Köpfe gesenkt, über den Viadukt beim Bahnhof Langfuhr, während am dunklen Himmel, über dem Geländer der Brücke, mit nervenzermürbendem Pfeifen Geschosse in Rich­tung Flugplatz jagten, abgefeuert in Emmaus oder Schidlitz. Dort stand schon – wie Axel Bierenstein am Morgen gesagt hatte – eine russische Batterie, die den westlichen Rand des Stadtteils beschoß. Sie hatten vor, unter der Brücke hindurch zum Schwarzen Weg zu ge­langen, dann über die Marienstraße zum Max-Halbe-Platz und weiter zu den Straßenbahnschienen auf der Ostseestraße – aber hatte das jetzt überhaupt noch Sinn? Die Häuser in der Nähe des Marktplatzes stan­den in weißen, grellen Flammen, fast ohne Rauch, der Wind trieb flimmernde Fetzen über die Dächer – brennende Vorhänge vielleicht, die ein Luftzug vom Fen­ster gerissen hatte, oder große Papierstücke inmitten wirbelnder Funken. Frau Wallmann, in offenem Man­tel, mit der Pelzmütze, die hinten mit einer silbernen Nadel an den Haaren festgesteckt war, den Rucksack auf dem Rücken, führte Eva und Maria an der Hand. Ein paar Schritte vor ihnen schob Herr Wallmann mit einem Bündel auf dem Rücken den schweren Kinder­wagen, dessen verrostete Achsen quietschten. Sobald die Räder über die Unebenheiten des gefrorenen Bür­gersteigs sprangen, rutschte der gelbe Lederkoffer, der mit Riemen am Fahrgestell festgezurrt war, hin und her. Auf der rechten Seite, unten, hinter dem Gitter des Viadukts, auf der freien Fläche in der Nähe der Station, funkelten rötlich die Gleise der Bahnstrecke von Danzig nach Zoppot. Bei der Rampe, neben einem schwar­zen Bombentrichter, ragten herausgerissene Schienen aus der Erde. Ein paar Schritte weiter, auf dem Bahn­steig des Nebengleises, verglomm mit schwachem Leuchten ein Lastwagen der Organisation Todt.
Hannemann schaute sich um, doch die Menschen, die er weiter hinten auf dem Viadukt erblickte, waren noch nicht die anderen, die Russen – wie Packesel beladen, gingen sie schnell und stolperten über den gefro­renen Schnee. Die beiden Mädchen der Wallmanns waren schweigsam und antworteten nur mit einem Murren auf die Fragen ihrer Mutter, die sich um ihre Füße in den knarrenden, noch nicht eingelaufenen Schuhen Sorgen machte und ihnen schon zum dritten oder vierten Mal, wenn sie anhielten, um Atem zu schöpfen, die Wollschals am Hals fester band. «Aber uns ist heiß!» rief Maria. Erst hinter dem Viadukt, als sie zu den Häusern der Magdeburger Straße kamen und die Flammen im Zentrum von Langfuhr hinter den dunklen Massiven der unversehrt gebliebenen Häuser verschwanden, drückten sich die beiden, entsetzt vom Anblick des Feuerscheins, der wie ein schweres, feuch­tes Spinnennetz über den Dächern wogte, an ihre Mut­ter. Frau Wallmann begann zu weinen.
Sie ging weiter mit den Mädchen, die sich an sie schmiegten, und die Tränen liefen ihr über die Wan­gen. Es war gut, daß Alfred, der ganz damit beschäftigt war, den Schneehaufen auszuweichen, die auf dem Bürgersteig lagen, sich nicht umdrehte. Sie sah seinen gebeugten Rücken, das hin- und herschaukelnde schwarze Bündel, das er sich mit den grobleinenen Rie­men des alten Rucksacks, der noch an den Großen Krieg und die Kämpfe an der Somme erinnerte, an den Schultern festgebunden hatte. Unter dem matten Lichtschein, der keinen Schatten warf, der mit blasser, krankhafter Röte über den östlichen Teil des Himmels kroch, an den schwarzen Mauern der Häuser entlang, in denen kein Licht brannte (nur in einigen Kellerfen­stern glommen Öllampen), gingen dunkle, mit Ruck­säcken bepackte Gestalten, die auf Eisenschlitten mit Schnur und Draht umwickelte Bündel hinter sich herzogen, und all das schleppte sich schweigend in Rich­tung Brösen und Neufahrwasser, wo bei der Mole die Frachtschiffe warten sollten. Aber als sie auf die Allee mit den Straßenbahnschienen kamen, die direkt zum Meer führte, schoß vor ihren Augen eine Feuersäule zum Himmel, sie hielten auf dem zertrampelten Schnee an, und Hannemann ging auf Herrn Wallmann zu: «Die Speicher?» Herr Wallmann schüttelte den Kopf, denn er kannte diese Gegend, wo unweit des Was­serturms sein Bruder wohnte, also murmelte er nur, während er den Riemen auf seiner Schulter zurecht­rückte: «Das sind wohl die Lagerhäuser in Neufahr­wasser.» Das bedeutete, daß etwas viel Schlimmeres im Gange war, als wenn die Speicher gebrannt hätten, denn jetzt war das Ufer an der Mündung des Hafenkanals ins Meer von Flammen erleuchtet, und die Artillerie-Beob­achter auf den Hügeln bei Müggau hatten den west­lichen Teil des Hafens wie auf dem Präsentierteller vor sich. Man konnte sich ausrechnen, daß sie das Feuer von der Nebenstrecke bei Weichselmünde und der Insel Holm auf den östlichen Teil Brösens verlagern würden, dann auf den Wald und die Westerplatte.
Aber das sprachen weder Herr Wallmann noch Han­nemann aus, denn das hatte keinen Sinn. Man mußte so schnell wie möglich zum Hafen gelangen, selbst wenn das Schlimmste geschehen sollte. Es hatte keinen Sinn, darüber zu sprechen, um so weniger, da die Mädchen beim Anblick des entfernten Feuers über den Dächern von Neufahrwasser ihre Angst abschüttelten – als wäre der helle Streifen, der den Himmel mit bräun­licher Glut stützte, für sie wesentlich weniger bedroh­lich als der Eindruck der schwarzen Straßen in der Nähe des Viadukts, wo Häuser, in denen kein Fenster leuchtete, von allen Seiten den Raum verschlossen.
Sie gingen also über die vereiste Fahrbahn und schauten eher zu Boden als auf das unheilverkündende Licht über dem Hafen, und die ganze Allee entlang, weiter entfernt und näher, hinter ihnen und vor ihnen, bewegten sich kleine schwarze Gruppen ebensolcher Wanderer in Richtung Brösen, setzten vorsichtig die Füße auf den glatten Schnee, stützten sich auf Spazier­stöcke, Schirme, Skistöcke, Holzleisten, die schnell für den Aufbruch hergerichtet worden waren, und über ih­nen, hoch, hoch oben, wiederholte die Finsternis mo­noton das Pfeifen der vorbeifliegenden Geschosse, die auf der schneebedeckten Fläche des Flughafens explo­dierten, der im Norden an den Wald von Glettkau grenzte. Über dem Flachland zwischen Langfuhr und Oliva stand Rauch, der von unten von entfernten Brän­den beleuchtet wurde, als würde nicht nur der Osten von Zoppot, sondern auch schon Gotenhafen brennen.
Hinter der Kreuzung, beim Wasserwerk, gelang es Herrn Wallmann, einen der Lastwagen anzuhalten, die von den Werkstätten «Hinz und Weber» am Hochstrieß zum Meer fuhren, und Hannemann, der jetzt hinter der Fahrerkabine des großen Merzbach stand, blickte durch einen Spalt der flatternden Plane auf das über dem Hafen wogende Feuer, das immer näher kam. Frau Wallmann strich, in eine Ecke des Wagens ge­duckt, Maria übers Haar. Herr Wallmann, der im Dun­keln kaum zu sehen war, drückte Eva an sich. Der Merzbach holperte über die vereisten Schienen, alle mußten sie sich an dem Eisengerüst, das die Plane trug, festklammern. Dann fuhren sie plötzlich in eine von grellem Flackern erleuchtete Straße, Schatten kahler Bäume huschten über die Fahrbahn, aus einem zerstör­ten Dach schossen Flammen in die Höhe.
Das nervöse Flackern war so irritierend, daß Hanne­mann den Ort, den sie erreichten, nicht erkannte. Ein langgestrecktes Gebäude in neugotischem Stil trat hin­ter den Bäumen hervor, vom Widerschein des Feuers rot glänzende Fenster huschten vorbei, an der Ecke konnten sie das reglose Monstrum eines ausgebrann­ten Panzers mit offener Luke erkennen. Der Wagen bremste scharf ab, um den auf der Fahrbahn liegenden Holzkisten auszuweichen, unter den Rädern klirrten Patronenhülsen, und sie fuhren an die Menschen­menge heran, die dem schemenhaft erkennbaren Last­wagen langsam Platz machte. Aber als sie sich dem weit geöffneten Tor mit dem Eisengitter nähern wollten, blieben sie zwischen den Bündeln, Koffern und Blech­schachteln stecken, die auf der Fahrbahn verstreut wa­ren. Schwerbepackte Menschen füllten fast den ganzen Platz beim Hafeneingang aus, und obwohl an einigen Stellen Polizisten standen, deren Bajonette auf den Ka­rabinern blitzten, machte selbst das gelbe Formular mit den Stempeln, das der Chauffeur dem Offizier in dem langen Mantel mit dem Erkennungszeichen an der Brust unter die Nase hielt, auf niemanden Eindruck: Niemand konnte sich vom Fleck bewegen in dem Ge­dränge zwischen der Backsteinmauer und dem Maga­zin, in dessen halbrundem Milchglasdach sternförmige Löcher von Granateinschlägen klafften.
Hannemann hatte übrigens weitaus Schlimmeres erwartet – Panik, Schreie von Frauen und Kindern.
Aber vorläufig verharrte die Menschenmenge, die er durch einen Spalt in der Plane sehen konnte, in reg­losem Schweigen. Und ein Stück weiter mußte das Ufer sein, die Umrisse der «Bernhoff» konnte Hanne­mann jedoch nirgends erkennen.
Der Fahrer streckte den Kopf aus seiner Kabine: «Ich muß zurückfahren!» Sie sprangen also in den Schnee, um Frau Wallmann zu helfen; sie reichte ihnen von oben die Mädchen herunter, die der Anblick der Men­schenmasse mehr erschreckte als das wogende Feuer auf der anderen Straßenseite, wo über einem gespreng­ten Dach Funken tanzten. Der Gestank von brennen­dem Öl, gemischt mit dem süßlich-faden Geruch von Ruß, war so ekelhaft, daß sie sich – mit den Fingern in den Wollhandschuhen – sofort die Nasen zuhielten. «Bleibt hier bei mir!» rief Frau Wallmann. «Wir dürfen uns nicht verlieren!» Die Mädchen blieben dicht bei ihr und hielten sich an ihrem Mantel fest. «Alfred, erkundige dich, wie lange wir hier warten müssen.» Herr Wallmann wollte sich auf den Weg zum Tor ma­chen, doch Hannemann hielt ihn zurück. «Bleiben Sie hier.» Er schlug sich durch die frierende Menge zu dem Offizier mit der Erkennungsmarke an der Brust durch, aber er erfuhr nur, daß die «Bernhoff» heute sicher nicht in den Hafen einlaufen würde. (Die Evakuierten würden mit Schleppern an Bord des Frachtschiffes ge­bracht werden.) Unwillkürlich brummte er: «Aber das wird ja Stunden dauern!» Der Offizier würdigte ihn keines Blickes: «Was glauben Sie, was los wäre, wenn die < Bernhoff> hier in den Kanal einfahren würde ...» Es konnte also Stunden dauern? Frau Wallmann er­schrak. Zum Glück waren die Mädchen warm angezo­gen – aber stundenlang hier im Frost stehen, im ver­harschten Schnee, der die Schuhe aufweichen würde?
Sie konnten nur eines tun: einen Platz am Magazin suchen, auf der Rampe, unter dem Blechdach, dort, wo Beton war und kein Schnee lag; sie ließen sich also zwi­schen den in Decken und Pelze eingehüllten Menschen nieder, damit die Mädchen auf dem Koffer sitzen und sich an das Bündel lehnen konnten. Das Geflüster einer Frau in rotbraunem Pelz, die mit weitaufgerissenen Augen in das Feuer auf der anderen Straßenseite starrte und neben Eva und Maria zu beten begann, er­schreckte die beiden so, daß sie sich aneinanderschmiegten wie zwei vor Kälte zitternde Spatzen. Erst jetzt, in der eisigen Luft, in der die Wangen brannten und aus dem Mund ein weißes Wölkchen dampfte, be­kamen sie Angst. Frau Wallmann legte den Arm um sie, aber was konnte sie tun in dieser Situation. Herr Wallmann strich ihr über den Rücken und holte dann – obwohl noch niemand Hunger hatte – zwei Scheiben Schwarzbrot, in Pergamentpapier gewickelt, aus der Tasche. Die Mädchen kauten die bittere Masse und ka­men allmählich zu sich. Frau Wallmann streichelte die Hand ihres Mannes, dankbar für diesen Einfall.
Hannemann aber drängte sich zwischen den Men­schen durch, die an der Wand saßen, vorbei an Pappkoffern, Rucksäcken, Packen mit Bettwäsche, Bündeln, Kisten mit provisorisch angeschraubten Eisengriffen, und erreichte das Ende der Rampe. Von hier aus konnte man als schwarzen Streifen das andere Kanalufer se­hen. Doch als er Ausschau halten wollte, ob sich da in der Dunkelheit hinter der Mole nicht etwas bewegte, begann die Luft zu beben, und zusammen mit dem Knall eines explodierenden Schrapnells ertönte das Klirren berstender Glasscheiben. Die Menschenmenge auf dem Platz geriet in Bewegung und war wohl er­schrockener über das Geschrei einer verwundeten Frau als über den Krach einer langen Serie von Explosionen, die über dem Kanal niedergingen. Ein Regen von Split­tern rauschte über das Wasser und klirrte dann auf das Glasdach des Magazins. Die Mädchen schrien entsetz­lich, als sie im Schnee, wenige Schritte von der Rampe entfernt, die verwischte schwarze Spur entdeckten, die die verwundete Frau hinterließ, während sie von ihrer um Hilfe rufenden Mutter fortgeschleppt wurde. Frau Wallmann legte die Arme um sie, der Vater schirmte sie mit einem Bündel ab, doch die beiden in den Mantel der Mutter gehüllten Mädchen schrien weiter, wie be­täubt von dem Lärm, den das durch die Luft wirbelnde Eisen und das zerrissene Blech verursachten. Über dem Turm des Hafenamts leuchtete ein Schrapnell nach dem anderen auf.
Noch flogen sie übers Ziel hinaus, noch trafen sie nicht, aber in den Feldstechern der Beobachter auf den Müggauer Hügeln verwandelten sich die kleinen Blitze, die auf der Skala zwischen den Ziffern 5 und 10 erschienen und die lautlos über den Gebäuden der Ma­gazine und dem Gitterwerk der Kräne in Neufahrwas­ser aufleuchteten (das Echo der Explosionen erreichte erst nach einigen Augenblicken die Hügel) – diese Blitze verwandelten sich bereits in einen Befehl. Die Zielvorrichtungen der auf dem Zigankenberg stehen­den Haubitzen wurden um ein oder zwei Millimeter nach links verstellt, damit die folgenden Geschosse, die von den Munitionswagen herbeigeschafft wurden, direkt auf die Dächer rechts vom Feuer flogen.
Die Menschen auf dem Platz zwischen der Back­steinmauer und der Rampe krochen unter die Waggons, versteckten sich unter dem Eisengerüst des Krans, oder sie trampelten die auf dem Boden Liegen­den nieder und liefen zum Tor; jeden Augenblick drang ein Schrei durch das Dröhnen der Explosionen, oder ein durch den Schnee geschleppter Körper hinter­ließ eine dunkle Blutspur. Mitten auf dem Platz, neben den Schienen, wo es ganz leer geworden war, hüpften von Granatsplittern zerhackte Schneebrocken um einen offenen Koffer, aus dem ein Windstoß Fetzen von Baumwollnachthemden wehte. Dann wurde es plötzlich still. Hinter dem Kran versteckt, schluchzte jemand und hielt sich das seltsam verdrehte Bein, je­mand rief vorsichtig: «Günter! Günter! Wo bist du? Komm her, ich kann nicht mehr, bring mich von hier weg ...» Aber die schwarzen Gestalten kauerten wei­ter im Schnee, niemand konnte glauben, daß es schon vorbei war, obwohl es danach aussah, als hätten die auf dem Zigankenberg vorläufig ihre Arbeit unterbrochen – vielleicht verschoben sie jetzt die Visiere von Ziel 102 auf das schon eingeschossene Ziel 104 in Neuschott­land. Es wurde also ganz still, nur von der Straße her brauste in Dutzenden von Fenstern des neugotischen Gebäudes das Feuer. Dann ertönten in der zaghaften Stille Rufe, Stimmen, Geflüster und eine Frauen­stimme: «Herr Hannemann, ist Ihnen nichts pas­siert?» Und als vom Ende der Rampe die Antwort kam: «Alles in Ordnung, Frau Wallmann», da atmete die Mutter Evas und Marias, die immer noch hinter einem Kleiderbündel geduckt saßen, erleichtert auf: «Kom­men Sie wieder her zu uns, bleiben Sie doch nicht dort stehen.» In diesen tadelnden Worten war eine Wärme, die keinen Widerspruch duldete. Hannemann mußte unwillkürlich lächeln und klopfte den Schnee von sei­nen Kleidern, doch als er sich gerade über die verlas­sene Rampe mit den herumliegenden Koffern und Ki­sten in Richtung der Wallmanns aufmachte, war in der Dunkelheit über dem Wasser etwas zu sehen; dort, auf der linken Seite, hinter dem Schwimmkran, in der Nähe der Fahrrinne tauchte etwas auf, eine Gestalt, dunkler als der Himmel, bewegte sich hinter dem Leuchtturm der Mole, und Hannemann begriff, daß da einer der Schlepper von der «Bernhoff» zurückkehrte. Er sprang von der Rampe und rief in Richtung der Eisentür: «Frau Wallmann, schnell!» Als sie seine veränderte Stimme hörte, wußte sie sofort, daß es keine Zeit zu verlieren galt, daß sie die erschrockenen Mäd­chen hinter sich herziehen, ihren Mann, der die Koffer und Bündel schleppte, zur Eile antreiben und zum Kai laufen mußte, denn in Hannemanns Stimme spürte nicht nur sie das Hoffnung verheißende Gebot; in der veränderten Stimme, die auf dem verlassenen Platz er­schallte, spürten dieses Gebot auch andere, und die mit Bündeln bepackten schwarzen Gestalten kamen hinter den Eisensäulen und Betonpodesten hervor, krochen unter den Waggons heraus und liefen aufs Ufer zu. Frau Wallmann war jedoch schneller, schon hatte sie den hölzernen Anlegesteg erreicht, schon kletterte sie auf die Holztreppe, schon drückte sie sich, zusammen mit den Mädchen, an eine Dalbe, um nicht ins Wasser gestoßen zu werden, und Herr Wallmann kam ihr nach, warf das Bündel über das Geländer, kroch unter dem Balken hindurch auf die Holzbohlen, die nach zer­tretenem Schnee, Teer und feuchten Tauen rochen.
Kurz darauf kamen schon die anderen nach, aber der Offizier mit dem Erkennungszeichen an der Brust hob seine Pistole, und als er einige Schüsse in die Luft feuerte, zog sich die anstürmende Menge zurück. «Nehmen Sie Ihre Sachen!» rief Frau Wallmann, als sie merkte, daß sie in der Eile Hannemanns Reisetasche vergessen hatte. «Sie schaffen es noch!» Hannemann machte sich, von der warmen Kraft ihrer Stimme in Bewegung gesetzt, auf zur Rampe, näherte sich dem Treppchen ... Als er den Fuß auf die Stufe setzte, blitzte es links über dem hohen Kran, und die Explosion eines Artilleriegeschosses zerriß die Luft und säte Splitter über das schwarze Hafenwasser. Eisenteile schepperten auf dem Blechdach über der Rampe und auf dem Dach des Magazins. Es regnete Glas. Hanne­mann zog den Kopf ein und duckte sich an die Wand. Der Schlepper erreichte gerade den Anlegesteg. Am anderen Kanalufer stand die Zisterne in Flammen. Das Feuer brannte in hellem Purpur und spiegelte sich als quecksilbriges Flackern im Wasser, warme, nach Öl riechende Luft strömte ihm übers Gesicht. Um das Ma­gazin wurde es taghell. Die Flammen vom anderen Ufer erleuchteten jetzt einen Teil des Kais hinter dem Magazin. Hannemann blinzelte. Eisenbahnschienen? Weichen? Schilf? Gerüste? Am schilfbewachsenen Ufer erblickte er das Wrack eines kleinen Schiffes, gestützt von einem Gerüst aus Balken. Die Helligkeit auf der anderen Seite schlug weit zum Himmel empor, die braunen Schilfrohrrispen, die den Schiffsrumpf umga­ben, leuchteten in der Röte des Feuers auf ...
Und da sah er an der verrosteten Bordwand, von den Flammen erhellt, die verblaßte Aufschrift «Stern». Er spürte einen Stich im Herzen – nur ganz kurz, nur die leichte Berührung einer eisigen Nadel, aber die winzige Berührung breitete sich in seiner Brust aus wie eine heiße Druckwelle. «Herr Hannemann, was machen Sie denn, um Gottes willen, beeilen Sie sich!» rief Frau Wallmann vom Anlegesteg her. Er nahm seine Tasche, aber er ging langsam, setzte einen Fuß vor den anderen und spürte immer noch diese leichte kalte Berührung als brennenden Schmerz in seiner Brust. Die Men­schenmenge auf dem Anlegesteg, die vom Lichtschein erhellten Rauchwolken aus dem Schornstein des Schleppers, Schreie, Weinen ... Es blieben ihm noch dreißig Schritte, noch zwanzig ... «Herr Hannemann, schneller!» schrie Frau Wallmann. «Um Himmels wil­len, schneller! Wir fahren gleich los!» Doch als Hanne­mann den Steg fast erreicht hatte – linker Hand, ganz nahe, über dem Dach des Magazins ein plötzlicher Lichtstrahl...
Als er die Augen wieder öffnete, spürte er nahe an seinem Gesicht eine fremde steife, abgeknickte Hand, an der Schnee haftete, vor seinen Augen flimmerte es, also drehte er sich auf den Rücken und betrachtete durch die halbgeöffneten Lider den schwarzen Himmel voller zerzauster Wolken, der sich einmal nach We­sten, einmal nach Osten neigte. Mühsam stützte er sich auf den Ellenbogen, bezwang den Schmerz und blickte in Richtung des Anlegestegs. Aber der Steg war leer. Auch der Schlepper war nicht zu sehen. Ein Windhauch kräuselte das Wasser des Kanals. Schwarze Kräne, Schienen, ein umgekippter Waggon. Nur in der Ferne, auf der anderen Seite des Kanals, glühte noch die Zisterne. Über den Kränen schwebten träge, Funken sprühende Leuchtraketen an Fallschirmen herab. Flimmern. Lautloses Rot. Zickzackförmige Schatten im Schnee. Rauschen von Feuer. Entfernte Schüsse. Wo­her? Aus Müggau? Ein Echo? Der Wind trieb eine Kin­dermütze aus Kaninchenfell über den Schnee.
Dann legten weitere Schlepper am Kai an, die Men­schen krochen aus ihren Verstecken unter den Kränen und drängten sich zum Steg, aber Hannemann saß auf der Rampe, mit dem Rücken an die Wand des Magazins gelehnt, und betrachtete all das wie durch eine Milch­glasscheibe. Er spürte nicht einmal die Kälte, die über seine Schultern kroch, denn in seiner Brust war immer noch die sonderbare, schmerzhafte Welle von Hitze, gemischt mit eisigem Zittern, die aufwogte und wieder abebbte.
Gegen zehn fand ihn dort an der Wand Oberleutnant Remetz aus der Kaserne am Hochstrieß, der mit seinem Dienstwagen, einem Benz, seine Frau und seine Toch­ter zum Hafen brachte, damit sie mit einem Motorboot der Hafenwache an Bord der «Bernhoff» gelangen konnten. Sie hatten eine richtige «weiße Karte», von Oberst Voss persönlich unterschrieben. Aber Hanne­mann stieg nicht mit ihnen ins Boot, obwohl Remetz ihn dazu ermunterte. Sein Körper war in warmer Apa­thie erstarrt, die Schmerzen ließen langsam nach. Er erinnerte sich an seine kleine Reisetasche, aber von ihr waren nur ein paar Fetzen angeschwärztes Leder übrig­geblieben. Über den ganzen Platz verstreut lagen auseinandergefallene Bündel, Päckchen, Kisten, Häufchen von Kleidung, angesengte Fetzen von nassem Papier.
Um elf Uhr brachte ihn der schwarze Wagen mit der Militärnummer in die Lessingstraße 17. Oberleutnant Remetz war der Meinung, daß sie wegen etwas Wert­vollem zurückkehrten, das Hannemann nicht hatte mitnehmen können, und daß er sicher tags darauf noch einmal versuchen würde, an Deck eines der Fracht­schiffe zu kommen. Als sie vors Tor fuhren, brannte in den Häusern zu beiden Seiten der Straße kein einziges Licht. Nur über Langfuhr trieben Wolken, die heller als der Himmel waren. Die Innenstadt brannte und an­scheinend die Gegend um den Bahnhof.
Remetz versprach, er werde am nächsten Morgen spätestens um acht kommen. Doch das schwarze Auto mit der Nummer der Kaserne am Hochstrieß sollte nie wieder vor dem Haus in der Lessingstraße 17 halten.

Russian

Камыши
Translated by Ksenia Staroselskaya


В пять они быстро шли по виадуку вблизи вокзала в Лангфуре, втягивая голову в плечи, когда высоко в темном небе, над фермой моста, с прерывистым свистом пролетали в сторону аэродрома снаряды из Эмауса или Шидлица, где уже стояла — как говорил утром Аксер Биренштайн — русская батарея, обстреливающая западную окраину района. Они хотели пройти под мостом на Шварцервег, потом по Мариенштрассе на Макс Хальбеплац и дальше, до трамвайной линии на Остзеештрассе, но стоило ли теперь это делать? Дома по соседству с рыночной площадью горели ярким белым пламенем, почти без дыма, ветер взметал в воздух над крышами мерцающие лоскутья — быть может, горящие занавески, сквозняком сорванные с окон, быть может, листы бумаги, кружащие в водоворотах искр. Госпожа Вальман, в расстегнутом пальто, в меховой шапочке, сзади приколотой к волосам серебряной булавкой, с рюкзаком на спине, вела Еву и Марию; впереди в нескольких шагах от них господин Вальман толкал железную коляску, поскрипывающую ржавыми осями. Всякий раз, когда колеса подпрыгивали на неровностях обледеневшего тротуара, желтый кожаный чемодан, прикрепленный к коляске ремнями, кренился то на один, то на другой бок. Справа внизу, за ограждением виадука, на прилегающем к вокзалу пустом пространстве розовато поблескивали пути, ведущие из Данцига в Цоппот. Возле платформы рядом с черной воронкой торчали из земли несколько сорванных рельсов. Чуть дальше, на перроне железнодорожной ветки, мутным жарким пламенем догорал грузовик «Тодта»[1].

Ханеман оглянулся, но люди, которых он увидел в другом конце виадука, пока еще были не те — нагруженные тюками и чемоданами, они быстро шли, спотыкаясь о слежавшиеся комья снега. Девочки Вальманов шагали молча, буркая что-то в ответ на шепотом задаваемые матерью вопросы: она беспокоилась за их ноги в поскрипывающих, еще не разношенных ботинках и уже в третий или четвертый раз, когда останавливались, чтобы перевести дух, поправляла шерстяные шарфики у них на шее. «Но нам же жарко!» — выкрикивала Мария. Только за виадуком, когда они спустились на Магдебургерштрассе и огненные змеи над центром Лангфура скрылись за темными массивами уцелевших домов, напуганные видом колышущегося над крышами, как тяжелая влажная паутина, зарева девочки прижались к матери — и тогда госпожа Вальман расплакалась.

Она шла, обняв притулившихся к ней дочек, а слезы текли по ее щекам. Хорошо хоть Альфред, поглощенный лавированием среди заваливших тротуар сугробов, не оглядывался. Она видела его сгорбленную спину, покачивающийся черный узел, перехваченный холщовыми лямками от старого рюкзака, помнившего еще первую мировую и бои на Сомме. В глубине улицы под дрожащим мутным заревом, расползавшимся бледной болезненной розовостью по восточному краю неба, вдоль черных стен домов, в которых не горел свет (лишь кое-где в подвальных оконцах мерцали огоньки керосиновых ламп), брели, не отбрасывая тени, темные фигуры, навьюченные рюкзаками, волокущие за собой на железных санках обвязанные веревками и проволокой тюки, и вся эта вереница в молчании двигалась под колышущимся небом в сторону Брёзена и Нойфарвассера, туда, где около волнореза должны были ждать транспортные суда. Но когда они вышли на аллею с трамвайными рельсами, ведущую прямо к морю, впереди открылся ослепительный столб бьющего в небо огня, при виде которого они так и вросли в истоптанный снег, а Ханеман подошел к господину Вальману: «Элеваторы?» Господин Вальман покачал головой: он хорошо знал этот район, тут, неподалеку от водонапорной башни, жил его брат, так что, поправляя на плечах лямки, он только пробормотал: «Нет, наверно, склады в Нойфарвассере», а это означало, что дело обстоит гораздо хуже, чем если бы горели элеваторы, поскольку теперь набережная возле устья канала до самого моря освещена ярким пламенем и наблюдателям с холмов Мюггау видна как на ладони западная часть порта — того и гляди артиллерия перенесет огонь с железнодорожных путей вблизи Вайхзельмюнде и острова Хольм на восточную окраину Брёзена, на лес и затем на Вестерплатте.

Но этого ни господин Вальман, ни Ханеман не произнесли вслух, да и зачем было говорить — просто надо спешить, чтобы как можно быстрее добраться до порта, даже если произошло самое худшее; незачем было говорить, тем более что девочки при виде далекого огненного столба над крышами Нойфарвассера чуть повеселели, как будто этот столб, подпирающий небо коричневым жаром, показался им куда менее грозным, чем зрелище черных улиц в окрестностях виадука, где пространство со всех сторон было замкнуто домами, в которых не светилось ни одного окна.

И они зашагали по обледенелой мостовой, больше глядя под ноги, чем на этот зловещий свет над портом, а по аллее вблизи и поодаль, за ними и перед ними двигались в сторону Брёзена черные группки таких же, как они, путников, осторожно ступающих по скользкому снегу, опирающихся на трости, зонты, бамбуковые лыжные палки, на деревянные рейки, впопыхах приспособленные для дорожных надобностей, а над ними, вверху, высоко-высоко, темнота монотонно повторяла свист пролетающих снарядов, которые падали на белые от снега поля аэродрома, примыкавшие на севере к лесу в Глеткау. Над равниной между Лангфуром и Оливой висела гигантская туча дыма, подсвеченная снизу далекими пожарами, будто горела уже не восточная окраина Цоппота, а сам Готенхафен.

За перекрестком, около водопровода, господину Вальману удалось остановить один из грузовиков, едущих к морю из мастерских «Хинц и Вебер» на Хохштрис, и теперь Ханеман, стоя за кабиной большого «мерцбаха», смотрел через прореху в брезентовом тенте на неуклонно приближающееся дрожащее море огня над портом. Госпожа Вальман, забившаяся в угол кузова, гладила по голове Марию. Господин Вальман, едва различимый в темноте, прижимал к себе Еву. Старый «мерцбах» подскакивал на замерзших колеях, и приходилось поминутно хвататься за железные прутья каркаса под вздувающимся брезентом. Вдруг они въехали в улицу, освещенную ярким мерцающим заревом, по обледенелой мостовой метнулись зыбкие тени безлистных деревьев, с правой стороны из развороченной взрывом крыши били вверх огненные фонтаны.

Из-за этого раздражающе неугомонного сверкания Ханеман не узнал места, до которого они доехали. Какое-то длинное неоготическое строение проплыло за деревьями, мелькнули залитые красными отблесками огня окна, за углом они увидели неподвижную глыбу выгоревшего внутри танка с открытым люком бронебашни. Грузовик резко сбавил скорость, огибая разбросанные по мостовой деревянные ящики, потом под колесами звякнули латунные гильзы, толпа нехотя расступалась перед капотом машины, но, когда они подъехали к широко распахнутым железным воротам, грузовик застрял среди узлов, чемоданов, коробок, загромождающих мостовую. Нагруженные своими пожитками люди запрудили почти всю площадь у входа в порт, и хотя кое-где сверкали жандармские штыки, насаженные на дула винтовок, даже желтый пропуск с печатями, которым шофер размахивал перед носом у офицера в длинной шинели с бляхой на груди, не произвел никакого впечатления, поскольку никто не мог сдвинуться с места — такая была толчея между кирпичной оградой и стеной пакгауза, в полукруглой матового стекла крыше которого чернели звездчатые дыры, пробитые осколками снарядов.

Ханеман ожидал гораздо худшего — паники, визга детей, женских криков, — но толпа, видневшаяся сквозь прореху в брезенте, пока еще оставалась неподвижной и безмолвной. Где-то там, дальше, вероятно, была пристань, однако Ханеман нигде не мог высмотреть очертаний «Бернхофа».

Шофер высунулся из кабины: «Дальше не проехать!» — и мужчины спрыгнули на снег, чтобы помочь госпоже Вальман, которая подала им сверху девочек, больше напуганных видом толпы, чем пляшущими над исковерканной крышей по другой стороне улицы огненными языками, разбрасывающими яркие искры. Запах горящего мазута, смешанный с запахом сажи, был таким едким и тошнотворным, что девочки тут же заткнули себе носы пальцами в шерстяных перчатках. «Держитесь возле меня! — крикнула госпожа Вальман. — Не дай нам бог потеряться, — и они прильнули к ней, схватившись за ее пальто. — Альфред, узнай, сколько придется тут ждать». Господин Вальман направился было к воротам, но Ханеман удержал его: «Оставайтесь с ними». Он протолкался через иззябшую толпу к офицеру с бляхой на груди, но узнал только, что «Бернхоф» сегодня точно не войдет в порт (эвакуирующихся будут перевозить на борт транспорта буксирами). Невольно он пробормотал: «Но это же затянется на много часов!» Офицер даже не взглянул на него: «Чего вы хотите, если бы «Бернхоф» вошел тут в канал...» Значит, это может затянуться надолго? Госпожа Вальман ужаснулась. Хорошо хоть, девочки тепло одеты, но стоять невесть сколько на морозе, в истоптанном снегу, облепляющем обувь?

Единственное, что они могли сделать, это найти себе место на погрузочной платформе у стены пакгауза, под железным козырьком, где на бетонном полу не было снега, и пристроиться там между людьми, закутанными в одеяла и шубы, — так, чтобы девочки смогли сесть на чемодан и прислониться спиной к тюку. Но шепот женщины в рыжей шубке, которая начала молиться возле них, широко раскрытыми глазами уставившись в огонь на другой стороне улицы, так напугал Марию и Еву, что они прижались друг к дружке, точно два дрожащих от холода воробушка. Только сейчас, когда морозный воздух начал щипать щеки и вылетать белым облачком изо рта, им стало по-настоящему страшно. Госпожа Вальман обняла дочек одной рукой, но что она могла сделать? Господин Вальман погладил ее по спине, а потом — хотя никто еще не проголодался — вытащил из кармана два кусочка хлеба, завернутых в желтую пергаментную бумагу, и девочки принялись жевать горьковатый ржаной мякиш, постепенно успокаиваясь. Госпожа Вальман погладила руку мужа в благодарность за то, что ему это пришло в голову.

Ханеман же протиснулся между сидящими у стены людьми и, обходя картонные чемоданы, рюкзаки, тюки с постелью, узлы, ящики с приделанными железными ручками, добрался до конца платформы. Оттуда видна была черная полоса противоположного берега канала, но пока он пытался разглядеть, не движется ли что-нибудь в темноте за волнорезом, воздух задрожал и грохот рвущейся шрапнели смешался со звоном разлетающихся оконных стекол. Толпа на площади всколыхнулась, пожалуй больше испугавшись вопля раненой женщины, чем грома взрывов, прокатившегося над каналом. Дождь осколков зашуршал по воде и забарабанил по стеклянной крыше пакгауза. Девочки пронзительно закричали, увидав на снегу в нескольких шагах от платформы черный размазанный след, тянущийся за ногой женщины, которую тащила, взывая о помощи, ее мать. Госпожа Вальман обеими руками обхватила дочек, отец загородил их тюком, но, прижавшись к материнскому пальто, они продолжали кричать, оглушенные грохотом, свистом вспарывающего воздух железа, треском раздираемой осколками жести. Шрапнели одна за другой вспыхивали над башней портового управления.

Пока еще снаряды ложились далеко, пока еще они не достигали цели, но в биноклях наблюдателей на холмах Мюггау эти точечные вспышки, появляющиеся на шкале между цифрой 5 и цифрой 10, эти вспышки, беззвучно расцветающие над пакгаузами и фермами кранов в Нойфарвассере (эхо взрывов долетало до холмов только через несколько минут), уже превращались в команды: наводчики перемещали прицелы установленных на Циганкенберге гаубиц на один-два миллиметра влево, так, чтобы следующие снаряды, подаваемые подносчиками, полетели прямо на крыши справа от огненного столба.

Люди на площади между кирпичной оградой и платформой заползали под вагонетки, прятались под железными опорами портального крана, бежали, топча лежащих, к воротам, но поминутно чей-то истошный вопль прорывался сквозь грохот взрывов и по снегу, оставляя черный след, волокли чье-то тело. А посреди площади, возле рельсов, там, где мгновенно образовалась пустота, вокруг брошенного открытого чемодана, из которого взрывной волной выдуло муслиновые клочья ночных сорочек, подпрыгивали под градом осколков комья снега. Потом вдруг все стихло. За опорой крана кто-то захлебывался рыданиями, схватившись за странно вывернутую ногу, кто-то робко звал: «Гюнтер! Гюнтер! Ты где? Иди ко мне, я больше не могу, забери меня отсюда...» Но черные съежившиеся фигуры не отрывались от заснеженной земли, никто не верил, что обстрел закончился, хотя, похоже было, те, на Циганкенберге, на время прервали свою работу — возможно, перемещали визир с цели 102 на уже пристрелянную цель 104 в Нойшотланд, — так что стало совсем тихо, только слышно было, как на прилегающей улице в десятках окон неоготического здания гудит огонь. Потом эта хрупкая тишина нарушилась — восклицания, шепот, женский голос: «Герр Ханеман, с вами ничего не случилось?» А когда с конца платформы донесся ответ: «Все в порядке, фрау Вальман», мать Марии и Евы, замерших, скрючившись под защитой тюка с одеждой, облегченно вздохнула: «Ну так идите же к нам, что вы там стоите». Было в этих словах укоризненное, не терпящее возражений тепло, отчего Ханеман невольно улыбнулся, стряхивая с одежды снег, но когда уже было направился к Вальманам по опустевшей, усеянной брошенными чемоданами и ящиками платформе, в темноте над водой что-то зашевелилось, что-то там, слева, за плавучим краном, замаячило вблизи фарватера, какой-то предмет темнее неба переместился за маяком волнореза, и Ханеман понял, что это один из буксиров возвращается от «Бернхофа»...

Тогда, спрыгнув с платформы, он крикнул в сторону железного козырька: «Фрау Вальман, быстрее!», а она, услыхав его изменившийся голос, сразу поняла, что нельзя терять ни минуты, что нужно, волоча за собой перепуганных девочек, подгоняя подхватившего чемодан и тюк мужа, бежать к набережной, поскольку не одна она уловила в голосе Ханемана повелительные нотки, вселяющие надежду, поскольку эти нотки в громко прозвучавшем на опустевшей площади между кирпичной оградой и стеной пакгауза голосе услыхали и другие, и теперь, выходя из-за железных опор, выползая из-под вагонеток, выбегая из-за бетонных тумб, навьюченные узлами черные фигуры стремительно кинулись к причалу. Госпожа Вальман, однако, всех опередила, она уже подбегала к деревянному помосту, уже взбиралась по деревянным ступенькам, уже прижималась вместе с девочками к деревянному столбу, чтобы их не столкнули в воду, а Вальман догонял ее, перебрасывал через ограждение тюк, нырнув под перила, залезал на пахнущие истоптанным снегом, смолой и мокрыми измочаленными канатами доски причала.

Через минуту на помост уже ринулись другие, но офицер с бляхой на груди поднял пистолет, и напирающая толпа попятилась при звуке выстрелов в воздух. «Возьмите свои вещи! — кричала с помоста госпожа Вальман: она спохватилась, что, бросившись бежать, забыла про несессер Ханемана. — Вы еще успеете!» И Ханеман машинально, подталкиваемый теплой силой этого голоса, повернул к платформе, подошел к ступенькам...

Но едва он поставил на ступеньку ногу, как слева, над высоким краном, что-то сверкнуло, и воздух разодрало взрывом артиллерийского снаряда, взбаламутившего осколками черную воду у пристани. Железный дождь забарабанил по козырьку над платформой и по крыше пакгауза. Посыпалось стекло. Ханеман, нагнув голову, отскочил к ограде. Буксир уже подплывал к причалу. На другом берегу канала загорелась цистерна. Вырвавшийся ярким пурпуром огонь ртутным мерцанием отразился в воде, и в лицо ударило теплым воздухом, пахнущим мазутом. Вокруг стало светло как днем. Пламя с противоположного берега теперь освещало и часть пристани за пакгаузом. Ханеман зажмурился. Железнодорожные рельсы? Стрелки? Камыши? Подмости? В прибрежных камышах он увидел остов небольшого суденышка, поддерживаемый конструкцией из балок. Зарево на другой стороне канала взметнулось высоко в небо, залив огненно-красным светом рыжеватые метелки камыша, обступившие корпус...

И тогда на выплывшем из темноты проржавевшем борту Ханеман увидел полустершуюся надпись «Штерн». Он почувствовал укол в сердце — ничего особенного, легкое прикосновение ледяной иголочки, но от этого мимолетного холодного прикосновения в груди разлилась жаркая, удушливая волна. «Герр Ханеман, что вы делаете, бога ради, поторопитесь!» — кричала госпожа Вальман с помоста. Он схватил свой несессер, но шел медленно, едва переставляя ноги, все еще ощущая внутри это легкое прикосновение холода, разлившегося в груди жгучей болезненной волной. Толпа на причале, подсвеченные заревом клубы дыма над трубой буксира, крики, плач... Осталось еще тридцать шагов, двадцать... «Герр Ханеман, быстрее! — кричала госпожа Вальман. — Ради бога, быстрее! Мы сейчас отплываем!» Но когда Ханеман уже почти дошел до причала, с левой стороны, где-то совсем близко, над крышей пакгауза — вспышка...

Открыв глаза, он увидел у самого своего лица чью-то облепленную снегом руку, неподвижную, неестественно вывернутую, перед глазами все кружилось, и он только перекатился на спину и смотрел из-под полузакрытых век в глубокое, черное, полное рваных туч небо, которое клонилось то к западу, то к востоку. Медленно приподнявшись на локте и превозмогая боль, он взглянул в сторону причала. Но помост уже опустел. И буксира не было видно. По воде канала пробежала рябь. Черные краны, рельсы, перевернутая вагонетка. Только вдалеке, на другом берегу канала, все еще горела пробитая снарядом цистерна. Над кранами медленно парили светящиеся авиационные бомбы на парашютах. Мерцание. Красная тишина. Изломанные тени на снегу. Шипенье огня. Далекие выстрелы. Откуда? С Мюггау? Эхо? Ветер покатил по снегу детскую шапочку из кроличьего меха.

А потом к пристани подходил очередной буксир, толпа выползала из своих укрытий под портальным краном и штурмовала причал, но Ханеман продолжал сидеть на платформе, привалившись к стене пакгауза, и смотрел на все будто сквозь матовое оконное стекло. Он даже не чувствовал холода, который исподволь сковывал спину, потому что в груди по-прежнему то вспухала, то опадала странная, болезненная и жаркая волна, от которой по телу разбегались ледяные мурашки.

Около десяти его нашел сидящим у этой стены лейтенант Ремец из казарм на Хохштрис, который привез на пристань в своем служебном «бенце» жену с дочкой, чтобы отправить их на «Бернхоф» в моторке портовой охраны. У них был хороший «белый пропуск», подписанный самим полковником Фоссом. Но Ханеман не сел с ними в лодку, хотя Ремец очень его уговаривал. Тело застывало в теплом оцепенении, боль понемногу унималась. Он вспомнил про несессер, но от чемоданчика остались лишь несколько клочков обуглившейся желтой кожи. По всей площади валялись распоротые тюки, свертки, ящики, кучи скомканной одежды, листы мокрой бумаги с обгоревшими краями.

В одиннадцать черный автомобиль с армейскими номерами отвез его на Лессингштрассе, 17. Лейтенант Ремец полагал, что они возвращаются за какими-то ценностями, которые Ханеман не успел взять из квартиры, и, вероятно, завтра он захочет повторить попытку проникнуть на борт какого-нибудь из транспортов. Когда они подъехали к воротам, в домах по обеим сторонам улицы не было ни единого огонька. Только над Лангфуром ползли облака светлее неба. Горел центр и, по-видимому, прилегающие к вокзалу кварталы.

Ремец пообещал заехать утром, самое позднее в восемь, но черный автомобиль с регистрационным номером казарм на Хохштрис никогда уже не остановился перед домом 17 по Лессингштрассе.



[1] Основанная инженером Ф.Тодтом строительная организация, обслуживавшая армию на территории Германии и оккупированных стран в 1938—1945 гг.

 

Swedish

Vassen
Translated by Lisa Mendoza Åsberg

 

Klockan fem gick de med nedböjda huvuden raskt över viadukten vid stationen i Langfuhr, medan det högt på den mörka himlen ovanför brons fackverk for förbi granater med ett enerverande vinande i riktning mot flygplatsen, avlossade från Emmaus eller Schidlitz där det ryska batteriet redan stod – som Axel Bierenstein hade sagt på morgonen – och besköt stadsdelens västra utkant. De hade velat gå under bron till Schwarzer Weg, därefter Marienstraße till Max-Halbe-Platz och så vidare till spårvagnsspåren på Ostseestraße, men var det verkligen någon mening med det nu? Husen i närheten av torget brann med en vit, intensiv eld nästan utan rök, vinden drev upp skimrande remsor över taken – kanske brinnande gardiner som hade slitits bort från fönstren av korsdraget, kanske papperssjok som for runt i gnistrande virvlar. Fru Walmann, i uppknäppt kappa, pälsmössa som baktill var fäst med en silvernål och med ryggsäck på axlarna, ledde Eva och Maria; några steg framför dem sköt herr Walmann med ett bylte på ryggen en barnvagn framför sig med gnisslande rostiga hjul. Varje gång de studsade mot ojämnheterna på den isiga trottoaren lutade den gula skinnkofferten som var fastspänd med läderremmar vid underredet än åt den ena, än åt den andra sidan. Nere till höger, bakom viaduktens räcke, glänste spåren från Danzig till Zoppot rosaskimrande på den tomma ytan vid stationen. Vid lastrampen stack några avslitna skenor upp ur marken bredvid en svart krater. Lite längre fram, på perrongen till ett sidospår, stod en lastbil från Todt och brann med ett grumligt, glödande sken.

Hanemann såg sig omkring, men människorna han såg längre bort på viadukten var ännu inte de – lastade med paket och resväskor gick de fort och snubblade bland snökokorna. Walmanns flickor gick tysta, de svarade muttrande på moderns viskningar, hon oroade sig över deras fötter i de knarrande skorna som de ännu inte gått in och när de stannade för att pusta ut rättade hon för tredje eller fjärde gången till deras yllehalsdukar. "Men vi är ju så varma!" utbrast Maria. Inte förrän efter viadukten, när de kom in mellan husen på Magdeburger Straße och elden över Langfuhrs centrum försvann bakom de stora intakta mörka husblocken, tryckte de sig mot sin mor, förskräckta av eldskenet som böljade över taken likt ett tungt, fuktigt spindelnät – och då brast fru Walmann i gråt.

Hon gick med flickorna tätt intill sig och tårarna rann nedför hennes kinder. Det var då för väl att Alfred inte såg sig omkring, upptagen som han var av att undvika snöhögarna som låg över hela trottoaren. Hon såg hans framåtlutade rygg och det svarta vajande byltet som var fäst vid hans axlar med säckvävsremmarna från en gammal ryggsäck som varit med i Stora kriget och striderna vid Somme. Inne på den mörka gatan, under det böljande skugglösa eldskenet som grumligt krälade österut på himlen med en blek, sjuk, rosa färg, vid de svarta husväggarna där inte ett ljus brann (bara i några källarfönster glödde fotogenlampor), gick mörka skepnader med ryggsäckar, dragande på järnkälkar med paket omvirade med snören och metalltråd, och allt drogs tigande under den fladdrande himlen mot Brösen och Neufahrwasser, där transportfartygen skulle vänta vid vågbrytaren. Men när de kom ut på allén med spårvagnsspåren som ledde rakt mot havet öppnade sig framför dem en vy över en skarp eldpelare som slog upp mot himlen, de hejdade sig i den nedtrampade snön och Hanemann gick fram till herr Walmann: "Spannmålsmagasinen?" Herr Walmann skakade på huvudet, för han kände till trakten inte långt ifrån vattentornet där hans bror bodde, han rättade bara till remmarna på axlarna och muttrade: "Det är nog magasinsbyggnaderna i Neufahrwasser", vilket innebar att det som skedde var något mycket värre än om spannmålsmagasinen hade brunnit, för nu var kajen vid kanalmynningen upplyst av en intensiv eld och för artilleriobservatörerna på kullarna i Müggau låg hamnens västra del i öppen dag och allt man kunde göra var att vänta på att de skulle flytta elden från sidospåren vid Weichselmünde och ön Wyspa Holm till Brösens östra utkanter, till skogen och sedan till Westerplatte.

Men det sade varken herr Walmann eller Hanemann högt, för det fanns inte mycket att orda om; det gällde att ta sig till hamnen så fort som möjligt, även om det värsta skulle hända: det fanns inget att orda om, allra helst som flickorna hade skakat av sig sin rädsla när de såg den avlägsna elden ovanför taken i Neufahrwasser, som om den ljusa strimman som stöttade upp himlen med sin mörkbruna glöd verkade mycket mindre hotfull än de svarta gatorna i närheten av viadukten, där den öppna ytan skärmades av från alla håll av hus i vilka det inte lyste i ett enda fönster.

De gav sig alltså av längs den ishala gatan och tittade mer efter var de satte fötterna än på det illavarslande ljuset vid hamnen, och längs allén, längre bort och närmare, bakom dem och framför dem, förflyttade sig svarta grupper av likadana vandrare som de själva i riktning mot Brösen, försiktigt satte de ner fötterna på den istäckta gatan, de stödde sig på käppar, paraplyer, skidstavar av bambu, trälister hastigt tillsågade inför färden, och över dem, i höjden, högt, högt, upprepade mörkret monotont vinandet från granaterna som flög förbi och föll ner på det snötäckta flygfältet som var avskuret i norr av skogen i Glettkau. Över slätten mellan Langfuhr och Oliwa sköt det upp en kraftig rök som lystes upp underifrån av avlägsna bränder, som om det inte längre var Zoppots östkant som stod i lågor, utan själva Gotenhafen.

Efter korsningen, vid vattenverket, lyckades herr Walmann hejda en av lastbilarna från verkstaden Hinz & Weber på Hochstrieß som var på väg mot havet, och Hanemann ställde sig bakom förarhytten på den stora lastbilen av märket Merzbach och tittade genom springan i det smattrande kapellet ut på hamnen och den böljande elden som kom allt närmare. Fru Walmann satt hopkrupen i ett hörn av bilen och strök Maria över håret. Herr Walmann som knappt syntes i mörkret tryckte Eva intill sig. Den gamla lastbilen skumpade i de frusna vägspåren, de var ideligen tvungna att gripa tag i järnstängerna under den smattrande presenningen. Men sedan kom de plötsligt ut på en gata som var upplyst av den skarpt gnistrande elden, fladdrande skuggor från kala träd gled över isgatan, till höger slog lågorna i höjden från ett tak som knäcktes med ett brak.

De fladdrande och irriterande ljusskenen gjorde att Hanemann inte kände igen platsen de hade kommit till. En lång nygotisk byggnad passerade bakom träden, rutor som reflekterade den röda elden skymtade förbi, bakom hörnet fick de syn på den orörliga kroppen av en utbränd stridsvagn med luckan öppen i manövertornet. Fordonet bromsade häftigt in, tog sig förbi trälådor som låg utspridda på gatan, mässingshylsor skramlade under hjulen, de körde in i folkmassan som långsamt delade på sig framför motorhuven, men när de kom fram till den vidöppna järngrinden körde de fast bland bylten, resväskor och plåtlådor som låg utspridda över hela gatan. Tungt lastade människor fyllde så gott som hela den öppna platsen vid infarten till hamnen, och fastän bajonetterna på gendarmernas gevärspipor blänkte till här och var gjorde inte ens det gula dokumentet med stämplar som chauffören viftade med framför näsan på officeren med den långa rocken och vaktbleck på bröstet intryck på någon; ingen kunde röra sig ur fläcken, sådan trängsel var det mellan tegelmuren och väggen på lagerbyggnaden, där stjärnformade hål efter splitterträffar avtecknade sig svarta i det kupolformade taket av matt glas.

Hanemann hade väntat sig något mycket värre – panik, tjutande barn, kvinnoskrik – men än så länge var folkhopen som syntes genom springan i kapellet tyst och stilla. Och någonstans där längre fram måste kajen ligga, men Hanemann lyckades inte urskilja konturerna av Bernhoff någonstans.

Chauffören lutade sig ut från förarhytten: "Jag måste backa!" – så de hoppade ner i snön för att hjälpa fru Walmann som lyfte ner flickorna, mer rädda för folkhopen än den vajande elden som dansade med gnistrande blänk över det knäckta taket på andra sidan gatan. Lukten av brinnande fotogen blandad med den irriterande och kväljande doften av sot gjorde att de genast höll för näsan med yllevantarna. "Håll er intill mig!" skrek fru Walmann. "Vi får inte komma ifrån varandra", så de fattade tag i kappan och höll sig tätt intill henne. "Alfred, ta reda på hur länge vi måste vänta här." Herr Walmann började gå mot grinden men Hanemann hejdade honom: "Stanna kvar här hos dem." Han trängde sig fram genom den frusna folkhopen till officeren med vaktblecket på bröstet, men allt han fick reda på var att Bernhoff med all säkerhet inte skulle komma in i hamnen den dagen (de evakuerade skulle föras till transportfartyget med bogserbåtar). Ofrivilligt mumlade han: "Men det kommer att ta timmar!" Officeren såg inte ens åt honom: "Det förstår ni väl, om Bernhoff skulle komma in hit till kanalen så …" Det kunde alltså ta timmar? Fru Walmann blev förfärad. Det var då för väl att flickorna var så varmt klädda, men att stå här i timmar i kylan, i snöslasket som klibbade runt skorna?

Det enda de kunde göra var att leta upp en plats på lastbryggan vid magasinsbyggnaden, under plåttaket på betonggolvet där det inte fanns någon snö; de satte sig tillrätta mellan människor som var invirade i filtar och pälsar, så att flickorna skulle kunna sätta sig på resväskan och luta ryggen mot byltet. Men en kvinna i rödbrun päls som viskande började be bredvid dem och med uppspärrade ögon stirrade in i elden på andra sida gatan skrämde flickorna så till den milda grad att de tryckte sig mot varandra som två huttrande sparvar. Först nu, i den kyliga luften som bet i kinderna och stod som köldrök ur munnen, började de bli rädda. Fru Walmann höll om dem, det fanns inget mer hon kunde göra. Herr Walmann strök henne över ryggen och sedan, trots att ingen ännu var hungrig, tog han fram två brödskivor inslagna i gult vaxpapper ur fickan och när flickorna började tugga det lite beska fullkornsbrödet lugnade de så småningom ner sig. Fru Walmann strök över makens hand för hans omtanke.

Hanemann trängde sig mellan människorna som satt vid väggen, han gick förbi pappväskor, ryggsäckar, paket med sängkläder, bylten, lådor med järnhandtag, och kom fram till änden av lastbryggan. Härifrån syntes den andra sidan av kanalen som en svart rand, men när han skulle se efter om något rörde sig i mörkret bakom vågbrytaren skälvde luften till och knallen från en detonerande granatkartesch blandades med skallret från rutor som splittrades. Folkmassan på den öppna platsen gungade till, kanske mer skrämd av skriket från en skadad kvinna än dånet från detonationerna som spred sig vid kanalen i långa serier. En skur av splitter rasslade över vattnet och slamrade mot magasinets glastak. Flickorna skrek gällt när de ett par steg från lastbryggan fick se ett svart spår breda ut sig i snön efter benet på den skadade kvinnan vars mor släpade på henne, samtidigt som hon skrek på hjälp. Fru Walmann grep tag i dem, fadern täckte dem med byltet, men tryckta mot sin mors kappa skrek de oavbrutet, bedövade av dånet, vinandet av virvlande metall och av plåt som slets i stycken. Granatkartescherna flammade till över hamndirektionens torn en efter en.

Fortfarande sköt man över målet, än hade de inte träffat, men i observatörernas kikarsikten på Müggaus kullar förvandlades de små blixtarna som tändes på linjeskalan mellan siffran 5 och siffran 10 – blixtarna som ljudlöst slog ut i blom över magasinen och lyftkranarnas fackverk i Neufahrwasser (ekot av explosionerna nådde kullarna först efter ett tag) – de blixtarna förvandlades till order; siktena på haubitsarna som var placerade på Zigankenberg flyttades en, två millimeter till vänster så att följande granater som matades in av laddarna for ut rakt mot taken till höger om elden.

Människorna på den öppna platsen mellan tegelväggen och lastbryggan kröp in under lastvagnarna, gömde sig under traverskranens stålstolpar, de trampade på dem som låg när de sprang mot grinden, men skrik av smärta trängde ideligen igenom dånet från explosionerna och en kropp som släpades över snön lämnade mörka spår av blod efter sig. Och mitt på den öppna platsen, bredvid rälsen där det blivit fullständigt tomt, studsade snökokor som granatsplittret hackade sönder runt en övergiven öppen resväska, ur vilken tryckvågen hade blåst iväg strimlor av muslinsnattlinnen. Sedan blev det plötsligt tyst. Någon som satt gömd bakom en kranstolpe hulkade och kramade sitt underligt vridna ben, någon ropade försiktigt: "Günter! Günter! Var är du? Kom hit, jag orkar inte mer, ta mig härifrån …" Men de svarta hopkrupna gestalterna tryckte sig alltjämt mot snön, ingen trodde på att det var över, trots att det verkade som att de där borta på Zigankenberg tills vidare hade avbrutit sitt arbete – kanske flyttade de nu siktet från mål 102 till det redan beskjutna målet 104 i Neu Schottland –, det blev alldeles tyst, det var bara elden som dånade i ett dussintal fönster åt gatan på den nygotiska byggnaden. Sedan hördes rop, röster och viskningar i den sköra tystnaden, en kvinnoröst frågade: "Herr Hanemann, är allt väl?" Och när svaret kom från änden av lastbryggan: "Allt är i sin ordning, fru Walmann", då drog modern till Maria och Eva, som fortfarande var hopkrupna i skydd av klädesbyltet, en suck av lättnad: "Kom tillbaka, var snäll och stå inte där längre." I orden fanns en sådan befallande innerlighet som inte tålde några motsägelser, att Hanemann log ofrivilligt medan han borstade snön av kläderna, men när han gick över den öde lastbryggan, med alla övergivna resväskor och lådor, i riktning mot familjen Walmann, var det något som rörde sig i mörkret över vattnet, något till vänster bakom den flytande lyftkranen, något som skymtade till i närheten av vattenspåren, ett slags skepnad mörkare än himlen förflyttade sig bakom lanternan på vågbrytaren och Hanemann förstod att det var en av bogserbåtarna som återvände från Bernhoff …

Han hoppade ner från lastbryggan och ropade bort mot järndörren: "Fru Walmann, fort!", och när hon hörde hans förändrade röst förstod hon omedelbart att det inte fanns någon tid att förlora, hon måste dra med sig de skrämda flickorna, skynda på maken som släpade på resväskan och byltet, och springa mot kajen, för i Hanemanns röst uppfattade inte bara hon en befallning som förebådade hopp; i den förändrade rösten som hördes över den öde öppna platsen mellan tegelmuren och magasinsväggen uppfattade även de andra befallningen och nu kom svarta figurer fram bakom järnstolpar, kröp ut under lastvagnar, sprang fram bakom betongavsatser, nertyngda av bylten rusade de mot kajen. Fru Walmann var dock snabbast, hon var redan framme vid träbryggan, hon klättrade upp för trätrappstegen, tryckte sig mot en trästolpe tillsammans med flickorna för att inte bli nerknuffad i vattnet, och herr Walmann anslöt sig till henne, kastade byltet över räcket, och under bjälken ålade han sig in på trägolvet som luktade av nertrampad snö, tjära och fuktiga trossändar.

Efter en stund kom de andra springande ut på bryggan, men officeren med vaktblecket lyfte sin pistol, och folkhopen som pressade på backade när de hörde skotten som avfyrades i luften. "Ta era saker!" ropade fru Walmann från bryggan när hon insåg att hon hade glömt Hanemanns resväska i brådskan. "Ni hinner fortfarande!" Hanemann, driven av röstens varma styrka, rörde sig mekaniskt mot lastbryggan, han kom fram till trappan …

När han satte ner foten på trappsteget slog det upp en blixt till vänster över den höga kranen, explosionen från en artillerigranat slet sönder luften och sådde splitter över hamnens svarta vatten. Järnskärvor skramlade till på plåttaket över lastbryggan och på taket till hallen. Glasskärvor öste ner. Hanemann böjde ner huvudet och hoppade undan mot muren. Bogserbåten hade redan kommit fram till bryggan. På andra sidan kanalen började en cistern brinna. Elden som flammade upp med ett purpurfärgat sken reflekterades i vattnet likt gnistrande kvicksilver och han kände en varm fläkt av fotogen över sitt ansikte. Runt hallen blev det ljust som på dagen. Flammorna från andra sidan spred sitt ljus över en bit av kajen bakom magasinet. Hanemann kisade. Tågrälsen? Växeln? Vassen? Byggnadställningarna? På den vassbevuxna kajen fick han syn på ett litet båtvrak som vilade mot en byggnadsställning av bjälkar. Skenet på andra sidan vattnet steg högt upp på himlen, de rödaktiga vasstofsarna som växte runt skrovet lystes upp av den röda elden …

Och då, på det rostiga skrovet som lågorna belyste, såg Hanemann de nötta bokstäverna Stern. Han kände ett sting i hjärtat – det var ingenting stort, en lätt beröring av en isnål, men denna lätta, kalla beröring spred sig i bröstet som en kvävande värmevåg. "Herr Hanemann, vad gör ni, för Guds skull, skynda er!" ropade fru Walmann från bryggan. Han tog sin resväska, men gick långsamt, steg för steg, och inom sig kände han fortfarande den lätta beröringen av kyla som spred sig i bröstet som en brännande, smärtsam våg. Folkhopen på bryggan, rökmolnet från bogserfartygets skorsten som underifrån lystes upp av eldskenet, skrik, gråt … Trettio steg kvar, tjugo … "Herr Hanemann, fortare!" ropade fru Walmann. "För Guds skull, fortare! Vi avgår snart!" Hanemann hade nästan kommit fram till bryggan, då plötsligt, på vänster hand, alldeles i närheten, över taket på magasinet – ett ljussken …

När han öppnade ögonen hade han någons snötäckta hand alldeles vid ansiktet, stel, underligt vriden, det svartnade för ögonen, så han vände sig på rygg och tittade under halvslutna ögonlock på den svarta djupa himlen som krängde än åt väster, än åt öster, full av sönderslitna moln. Sakta reste han sig på armbågen, han övervann smärtan och tittade mot bryggan. Men bryggan var tom. Inte heller bogserbåten syntes till. En vindpust krusade kanalens vatten. Svarta traverskranar, räls, en omkullvält lastvagn. Långt borta, på andra sidan kanalen, glödde fortfarande den beskjutna cisternen. Över lyftkranarna dalade fallskärmar med signalbloss. Ett flimmer. En ljudlös röd färg. Sicksackskuggor i snön. Fräsande eld. Avlägsna skott. Varifrån? Från Müggau? Ett eko? Vinden föste en barnmössa av kaninskinn över snön.

Och sedan lade nästa bogserbåt till vid kajen, folkhopen kröp fram från sina gömställen under traverskranen och trängde in på bryggan, men Hanemann satt på lastbryggan med ryggen mot magasinsväggen och tittade på allt som genom en matt glasruta. Han kände inte ens kylan som långsamt slöt sig om ryggen, för i bröstet ömsom vaknade, ömsom slocknade den egendomliga plågsamma vågen av hetta blandad med iskalla darrningar.

Omkring klockan tio påträffades han vid väggen av löjtnant Remetz från kasernen vid Hochstrieß, som med sin tjänste-Mercedes hade kört hustru och dotter till kajen så att de skulle kunna ta sig ombord på Bernhoff med hamnbevakningens motorbåt. De hade ett bra "vitt kort", egenhändigt undertecknat av överste Voss. Men Hanemann klev inte i båten med dem, trots att Remetz verkligen försökte förmå honom till det. Kroppen hade stelnat i en varm bortdomning, smärtan gav långsamt vika. Han kom att tänka på sin lilla resväska, men det enda som återstod var några remsor av bränt gult skinn. Över hela den öppna platsen låg sönderslitna bylten, packningar, lårar, utspridda klädeshögar och svedda remsor av blött papper.

Klockan elva lämnade den svarta bilen med militärnummer av honom på Lessingstraße 17. Löjnant Remetz trodde att de hade kört tillbaka efter något värdefullt som Hanemann inte hunnit ta med sig från lägenheten och att han följande dag säkert skulle vilja försöka ta sig ombord på något av transportfartygen igen. När de körde fram till porten brann inte ett ljus i något av husen på gatan. Det var bara över Langfuhr som moln ljusare än himlen gled fram. Stadskärnan stod i lågor, liksom förmodligen trakterna vid stationen.

Remetz lovade att han skulle komma tidigt på morgonen, senast klockan åtta, men den svarta bilen med registreringsnummer från kasernen vid Hochstrieß stannade aldrig mer framför huset på Lessingstraße 17.

  • Country in which the text is set
    Poland
  • Featured locations
    Gdańsk - Danzig
  • Impact
    In Hanemann novelist and essayist Stefan Chwin evokes the pre-war “free city” of Danzig. The chapter presented here describes the destruction of Danzig by the Red Army and the escape of the German population. The protagonist, Hanemann, is a German doctor who refuses to leave his native city, but the main theme of the novel is actually the alternative, secret life of objects and buildings, a life that resists ideologies and political developments.
  • Balticness
    Of all present-day Polish cities, Gdańsk is probably the one with the most multi-cultural background. Nobel Prize winner Günter Grass is the most famous of it former citizens, but Hanseatic Danzig was also the home-town of astronomer Johannes Hevelius, inventor of the mercury thermometer Daniel Fahrenheit, and philosopher Arthur Schopenhauer. In the nineteenth century a large and mostly liberal Jewish community became established in the city; Rabbi Israel Lipschutz became renowned for his commentary on the Mishna, Tiferet Yisrael, and in 1887 the great Mattenbuden Synagogue was completed. After the war Gdańsk, like other parts of northern Poland, became the home of Poles and Ukrainians displaced by the Soviet government.
  • Bibliographic information

    słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 1997

  • Translations
    Language Year Translator
    English 2004 Philip Boehm Houghton 
    German 1997 Renate Schmidgall
    Russian 1997 Ksenia Staroselskaya
    Swedish 2001 Lisa Mendoza Åsberg
  • Year of first publication
    Marabut, Gdańsk 1995
  • Place of first publication
    Gdańsk